słowniczek poetów współczesnych miasto literatów 2000++
http://danutabe.tripod.com/miasto/

ja







danuta błaszak
wiersze z tomiku "liście kaktusa"

wiersz wigilijny

marlenka odrobinkę nie lubiła świąt przecież taka młodziutka
i bunt zwyczajny dla młodych matka dobrotliwie kiwala glową
prosiła mikołaja o lepszy prezent dla marlenki
opłatek czekał aż ojciec uniesie go z talerza ozdobionego gałązką świerku
karp odwodniony szlachetny wytrawne wino śledź w śmietanie i śledź pieczony
barszcz paszteciki trzynaście potraw
ojciec siegał pod choinkę wyjmował prezenty
jedno dodatkowe nakrycie w tej rodzinie nigdy się nie marnowalo
zawsze w ostatniej chwili ciocia jola zajmowała to krzeslo
ze wzruszenia przecierała oczy
marlena pisała wiersze o matce boskiej która załatwiła sobie skrobankę
jezus nigdy się nie narodzil napisała
marlena pobiegła za świadkami jehowy którzy mówili że święta to głupi
wynalazek i udowodnili naukowo ze jezus nie narodził się zimą tylko latem
i w nazarecie nie w betlejem bo kto widział
żeby kwiryniusz spis powszechny robi w chłodne zimowe dni

jednego roku rodzice poszli do pana boga. marlena wracała z paryza
wigilia bez rodziców? trudno jakoś trzeba.
przywiozła w sloiku karpia po grecku i sałatkę śledziową filety z halibuta.
przecież jest ciocia jola
najmilszą jej zrobię niespodziankę
ciociu ciociu pukam do drzwi. tak jakoś pachnie gazem
ciociu nie mogłaś poczekać?
dlaczego właśnie dziś?
dlaczego to zrobiłaś w wigilię bożego narodzenia?
nad stluczonym śledziem przepłynął obłok gazu

 

 

 

lotnik i dziewczyna, I

wiesz marku czasami stoję na balkonie wśród białych prześcieradeł
pachnacych mydlem
niebo mnie wabi
i nie wiem co wybrać
szkrzydła czy żagle
pianę kumulusów czy falistość jezior
boję się czaru przestrzeni
odległości magnetyzmu nieba

nigdy nie bałem się przestrzeni choć mówią
że tylko głupcy są wolni od lęku
tylko raz paniczny strach
nocny lot w listopadowej mżawce
nad grubą warstwą chmur gładką jak lustro
kosmos miła bez boga bez ziemi
w dole gwiazdy i ostry krzyk księżyca
niebo nade mną niebo pode mną
wykonałem lot według przyrządów to pomogło przetrwać
póżniej stary lotnik mi powiedział że tak bywa
że niebo odbija się w gładkiej tafli chmur jak w lustrze
znamy się tylko z listów boję się spotkania
moje oczy niebieskie przestraszone
patrzą na mnie z lustra 


lotnik i dziewczyna, II
 

pytasz natalio dlaczego palę sto papierosów dziennie
cóż... byłem dzieckiem kiedy to się zaczęło
gdy zabito powstanie warszawskie a mnie z siostrą
w pruszkowskim obozie zabrano rodzicom
jakaś poczciwa dusza wywiozła nas nocą
na furmance z trupami
bieglismy z siostrą ile sił ona była malutka ja niewiele starszy
zasnęliśmy przytuleni
w wagonie towarowym w lesie na bocznicy
zbudziliśmy się zamknięci na skobel
wsłuchani w ciężki oddech pociągu
uwięzieni bez jedzenia i wody uratowały nas bomby
wyszliśmy dziurą w dachu lokomotywa sapała w rowie
próbowałem zarobić na jedzenie...
odnalazł mnie kucharz polowy
starszyna wasilenko dał jeść
czułem się winien
siostra umarła z głodu
kucharz zrobił dla mnie pierwszego skręta

potem w poniemieckim mieszkaniu bawiłem się
samochodem na baterie
kucharz z bolszewikami zginęli na wojnie
nauczyłem się palić


lotnik i dziewczyna, III
 

- kumulusy miękkie jak sierść owcy czy nigdy nie chciałeś ich pogłaskać
smakować jak cukrową watę i leżeć na nich jak w pierzynie
powiedz mi czemu ptaki omijają chmury

n
atalio chmury potrafią być groźne opowiem ci
było słonecznie kumulusy wylegowały się na niebie
kręciłem w kominie karuzelę ku słońcu wciąż wyżej
nagle wszedłem w chmurę zaczęła rosnąć
wsysała do nieba
nie chciałem tam lecieć nie wziąłem tlenu
zrodził się kumulonimbus a w nim jak w innym świecie
huragany z ziemi do nieba
sterowały mną trąby powietrzne szaleństwo wiatrów
usłyszałem trzask odpadło skrzydło szybowca
wyskoczyłem nie mogłem otworzyć spadochronu
nie wolno w chmurze złapie za parasol i nie puści na ziemię
czekałem aż oczy ujrzą coś innego
niż szarzejące mleko strach rósł czy ta chmura jak mgła
nie sięga aż do ziemi minął mnie spadający kadłub szybowca
przeżyłem zobaczyłem trawę drzewa rozkwitła nade mną
pomarańczowa czasza spadochronu
niebo było teraz całe czarne

- powiedz mi nieznany lotniku
nie jesteś jak wata cukrowa
muszę być ostrożna tak jak wszystkie ptaki


lotnik i dziewczyna, IV

rzuciłem palenie
nie chcę mysleć o tym. maluję pokój.
mówisz że menet nie żyje. jeszcze jeden przyjaciel
nadal mam go w sercu.
lataliśmy razem
urokliwe czasy lotników chuliganów
lataliśmy pod mostami albo na jeziorach
wiatrem ze śmigła przewracalismy żaglówki
znaleźliśmy most na liwcu
w liwie znasz ten palacyk
tam łatwo było umknąć milicji
menet zrobił akrobację. ja pod tym
małym mostkiem zmieściłem się na plecach
a potem menet wziął nad liwiec naszego kumpla
smarkacz jeszcze był z niego chociaż hardy
potem ten berbeć chociaż ostrzegaliśmy
sam chciał przelecieć pod tym małym mostkiem
i rozdzielił oba brzegi rzeki
zniszczył samolot straszna draka

dużo kwiatów leżało na grobie
a my z menetem kolejne snuliśmy plany
los nas rozdzielił.
pytasz co robię. maluje mieszkanie.
tak bardzo pożółkło od dymu


 

testament abbie howard, 1

poranne mdłości rozwiały się jak mgły
na jasne niebo wturlało się puchate słońce
wracam od ginekologa potwierdził
dopiero teraz mogę ci powiedzieć.
w oknach mijanych sklepów pulsują radością kolorowe smoki

dwa lata temu dużymi ciemnymi dłońmi wsunąłeś obrączkę
na mój palec serdeczny.
dwa lata temu... nie planowaliśmy dzieci
marzyliśmy nacieszyć się sobą.
kiedyś żartowałeś... po tym jak ludzie w spiczastych kapturach
wyrzeźbili czerwony krzyż z wątroby grubemu murzynowi
w okularach. tylko za to że należał do czarnych panter.
żartowałeś wtedy że nigdy nie będziesz miał dzieci
że żadne mięso armatnie że nie pozwolisz.
po morderstwie luthera kinga zawiozłeś mnie do hotelu
szybkie windy i karty magnetyczne zamiast kluczy
cieszyliśmy się że armstrong na księżycu
tańczyłam w białej sukni
wbiegam do kuchni. stoisz przy zlewie
lubię patrzeć na wybrzuszony suwak twoich dżinsów
czuć jak naprężasz mięśnie

byłam u lekarza - wołam - potwierdził
twoje brązowe oczy gorące jak czekolada
piasek z krwią... nie mówmy o tym.
dotykam brzucha pozytywka wygrywa pieśń miłości
niemożliwe nie ze mną - mówisz matowym głosem
nie chciałem mieć dzieci byłem na zabiegu
to się nazywa wasektomia
żeby nigdy...

och boże boże szepczesz
tak bardzo ufałem tej dziewczynie

testament abbie howard, 2

udało się wychować dziecko bez ojca
uśmiecham się do lustra
dopiero niedawno medycyna orzekła że mężczyzna po wasektomii...
kalanchoe zakwitło jak co roku radosną czerwienią wśród trawy
mróz zwarzył postrzępione liście bananowców
szare wiewiórki ganiają po cyprysach

(filigranowa blondynka o jasnych oczach
rozmawia w ogrodzie z wysoką ciemnoskórą córką
piękną jak kwiat radosną jak dzień)

mamo ja... spotkałam na mieście ojca
mamo... boję się że mi nie uwierzysz

nie mogła widzieć ojca zna go tylko z fotografii
wyjechał daleko nazwał mnie kłamczuchą....
określił to mniej przyjemnie
wyszłam z walizką
nie chciałam jego pieniędzy
przepędziłam adwokatów
mamo ja.... spotkałam ojca

mamo... boję się że mi nie uwierzysz
niemożliwe to nie on musiałaś się pomylić
wyjechał z miasta zanim wydałaś pierwszy krzyk


testament abbie howard, 3
 

to on
znowu moja twarz bieleje jak prześcieradło
siedzą razem na werandzie
są tylko dwa krzesła tam... nie ma dla mnie miejsca
kto go wpuścił
jeśli to kathy pierwszy raz w życiu chcę spuścić jej lanie
oboje ciemni wysocy inni niż ja
podsłuchuję
przy ścianie mojego domu
opowiada o wasektomii równouprawnieniu czarnych
o rose parks która w autobusie nie ustąpiła miejsca białemu
patrzę na ciemne tweedowe spodnie
pamiętam jak pierwszy raz wsunęłam dłoń pod suwak jego dżinsów
prosił "dotknij włosów"
uciekam nie wiem dokąd
w oknach mijanych sklepów pulsują kolorowe smoki

 

 

 
Powrót do poprzedniej strony Home Latanie Zadania Ogródek Animacje

słowniczek poetów współczesnych miasto literatów 2000++
http://danutabe.tripod.com/miasto/